Praca w domu, a dziecko

2 Sep

Wszyscy posiadacze dzieci pracują w domu. Niektórzy jednak pracują bardziej. Inaczej. Są ludzie, którzy swoją pracę zawodową wykonują przy dzieciach, w ich towarzystwie, przy ich pomocy… Oj tak, bywa różnie.

Otatusiu pracuje w mieszkaniu i ma to swoje zalety, ale też sporo wad.

Zalet jest mnóstwo – mąż zawsze jest w pobliżu, zawsze może wziąć syna na chwilę na ręce, pomóc przy przewijaniu, wynieść wózek, podwieźć do lekarza, posiedzieć z dzieckiem, kiedy pilnie trzeba gdzieś wyjść.

Ojciec też widzi na bieżąco postępy swojego dziecka, czuje, że mu towarzyszy, że jest obok.

No i właśnie…. Nieraz bywa tak, że zapracowany mój mąż próbuje się na czymś skupić, a z pokoju obok dobiega gromkie (tak, tak – to ja) “chodź, chodź tu szybko!”. Mąż przybiega, bo przecież dziecku może dzieje się coś złego, a ja oświadczam “zobacz, zobacz, jaką minę robi!”.

I całe skupienie, jak krew w piach, cytując klasyka.

Jakie minusy, poza tymi oczywistymi, że głośno, ciągle coś się dzieje, skupić się nie można, a dziecko rozmontowuje komputer i zjada kable?

Z perspektywy matki siedzącej z dzieckiem się zatem wypowiem.

Ojciec pracujący jest cały czas z nami, owszem. W związku z tym, że jego czas pracy ulega jednak poważnemu rozrzedzeniu, ojciec ten jest z nami przeważnie z doskoku, bo wieczorami i nocą musi odkuć to, czego w ciągu dnia zrobić nie był w stanie.

Matka z dzieckiem czuje, że przeszkadza, że hałasuje, że ciągle zawraca głowę o to, czy tamto, więc targają nią wyrzuty sumienia. Targa nią również frustracja, bo niby mąż zawsze jest i może pomóc, ale jednak o trzy godziny tylko dla siebie w jednym ciągu trudno… I nie ma w tym niczyjej winy, jeno taki lajf i nasz menedżer, co to zaraz rok skończy, jest bardzo wymagający.

Chcę więc czasem zapewnić małżonkowi lepsze warunki do pracy, bo jest to w interesie każdego z nas. Wychodzę więc do parku/na plac zabaw/na dwór/na pole i nabijam kolejne kilometry na licznik naszego wózka. Żeby nie było – lubię (nie tylko kocham) moje dziecko i spacery z nim, ale do kroćset – niejednokrotnie miałam dojmujące poczucie bezsensu, szukając w pobliskim parku, trasy, którą jeszcze w tym tygodniu nie szłam…

Trochę takie macierzyńskie “a ja jestem proszę pana na zakręcie” i “migają światła rozmaitych możliwości”…

Wersja druga: zła pogoda, spacer już był, jest za późno itp. Siedzimy więc z dzieckiem w drugim pokoju. Próbuję zabawiać młodego człowieka na tyle atrakcyjnie, żeby nie dawał znać całemu światu, że się nudzi, a jednocześnie nie na tyle szaleńczo, żeby odgłosy entuzjazmu też nie były zbyt głośne.

Każde wyjście na toalety czy kuchni, to spięcie, że dziecku nie spodoba się przebywanie w samotności, albo, że sobie coś samo zrobi. Rozkrzyczy się i Otatusiu i tak będzie musiał oderwać się od roboty i pograć na gitarze. A zaraz obiad, kąpiel i to i tamto. I tak minął wieczór i poranek, dzień kolejny.

Parada atrakcji, nie?

Wiem, że inni mają gorzej, że są kobiety, które ogarniają dom i trójkę dzieci, plus dwa psy. I nie narzekają. Proponuję je więc beatyfikować, bo mnie frustracja czasem dopada, a i kot niekiedy patrzy na mnie od miski…

  • http://dzieciowo.pl Kruszyzna

    “Wiem, że inni mają gorzej, że są kobiety, które ogarniają dom i trójkę dzieci, plus dwa psy. I nie narzekają.” Bez ostatniego zdania byłoby prawie o mnie (o jeden pies za daleko) :)

    “Każde wyjście na toalety czy kuchni, to spięcie, że dziecku nie spodoba
    się przebywanie w samotności, albo, że sobie coś samo zrobi.”
    Spokojnie, dzieci aż takie kruche nie są :) Ale w kontekście wyjść z pokoju o wiele łatwiej jest z bliźniakami wbrew pozorom. Bliźniaki zostawiasz i one bawią się razem. Nie trzeba im organizować czasu, zwracać uwagi, zabawiać itp. Wystarczy dać po zabawce w łapę, posadzić naprzeciw i radzą sobie same. W realiach domowych – bezcenne.

    • oMamusiu

      Ciężko na tym etapie byłoby mi dorobić drugiego bliźniaka niestety;) Janek potrafi też oczywiście bawić się sam, generuje przy tym jednak tyle dźwięku, że niejeden żłobek wysiada… ;)

  • Anonymous

    U mnie trochę na odwrót. Muszę czasem popracować w domu. Nie na pełny etat, wiadomo, ale trochę tego jest. Potrzebuję taką solidną godzinę czy dwie, żeby usiąść i się skupić i pchnąć sprawy do przodu. W nocy nie posiedzę… I choć tata Jasia potrafi się nim zająć to mi jednak te odgłosy nie dają się skupić. Nawet jeśli to tylko plaskanie dłońmi po podłodze :) 

    A kiedy wychodzą na spacer… ja biorę się za obiad. Ehh… Podziwiam oTatusia, że mu się udaje. 

    • oMamusiu

      No właśnie różnie to bywa i ciągle słyszę, że marzy o biurze;)

  • Zosia100

    Chciałam napisać o tym samym. Ale już nie będę, bo popełniłabym plagiat. Zamiast tego dam TatusiowiRysia przeczytać Twój wpis.

    A nie. U nas jest mała różnica. Ja również pracuję w domu. W związku z tym gdy M. kończy pracę, może zająć się dzieckiem i wtedy ja mogę popracować. Niby razem a jednak osobno :/ I jak tu spłodzić kolejnego potomka? ;)

    • oMamusiu

      My czasem też musimy taką sztafetę zdobić, jak mąż ma jakiś projekt, w którym część roboty jest dla mnie. Ja w nocy nic dobrego nie wymyślę, rano dziecko ma mnóstwo energii, a oTatuś zazwyczaj odsypia, bo kładzie się spać chwilę przed tym, jak syn wstaje. To są dopiero niezawodne metody antykoncepcyjne;)!

  • Rogal

    Sadzaj jedynaka przed lustrem ;-P

    Ja pracuję  w domu i często mogę zasiąść do zadań bojowych dopiero, gdy pacholę łaskawie pójdzie w kimono. Tata bawił nie będzie, bo dogorywa po całodziennym zaiwanianiu w warsztacie. 

    Set-up z młodym na klacie i rękami na klawiaturze vel tablecie to już standard…

    • oMamusiu

       Lustro owszem interesuje – na jakieś 5 do 15 sekund;) potem zaczyna się sprawdzanie, czy lustro da się zdemontować ze ściany/stłuc o podłogę/wejść do środka;)